Zagrożenie życia

Pod koniec wyprawy w Peru, jedziemy na północ, do miasta Huaraz.

W ponury dzień, udaliśmy się z miasta na zachód w góry, popatrzeć, co tam ładnego rośnie. W przeszłości droga pomiędzy miastem Huaraz a wybrzeżem Oceanu Spokojnego połączona była polną drogą. Obecnie jest w budowie dobra droga. Momentami jedziemy po całkowicie nowej drodze asfaltowej, czasami na drodze prawie nieprzejezdnej. Zatrzymujemy się, aby eksplorować. Znaleźliśmy przede wszystkim rośliny z rodzaju Matucana i Oroya. Przechodzimy przez grzbiet górski na wysokości 4100m. npm. i dostajemy się w gęstą mgłę. Kontynuujemy poszukiwania. W jednym miejscu na łagodnym zboczu spotykamy małe zabudowania, prowizoryczne szałasy z kamienia, drewna i gliny. W pobliżu jest prawdopodobnie dom zamieszkały, ale we mgle nic nie widzieliśmy. Powoli schodzimy po stoku w dół do samochodu, gdy nagle pojawiła się z boku mała indiańska staruszka z psiakiem. Zaczęła krzyczeć, machać rękami a później rzucać kamieniami w mojego kolegę, który znajdował się najbliżej. Ten jednak zachowując spokój ducha i zwrócił się do niej uprzejmie z grzecznym powitaniem Buenas Dias. Indianka zatrzymała się na chwilę, odpowiedziała na pozdrowienie, ale dalsza konwersacja była niemożliwa, on nie znał hiszpańskiego, a ona nie znała angielskiego. Więc po chwili znowu zacząła krzyczeć i rzucać kamieniami.

Mój przyjaciel zorientował się, że nie uda się tego wyjaśnić dyplomatycznie, więc odwrócił się i zaczął się wycofywać. Dobrze, że nie poszedł w dól do samochodu, ale schodził w bok po zboczu. Indianka miała zupełnie dobrą celność w miotaniu kamieniami. Kamienie wyrzucane z jej rąk trafiały w szerokie plecy kolegi, musiał iść szybciej, aby przypadkowo nie dostać kamieniem w głowę. Jestem w tej chwili jeszcze na zboczu nad nimi, więc mnie jeszcze indianka nie spostrzegła. Ale był to niesamowity widok jak 40 kilogramowa indianka goni po zboczu 120 kilogramowego faceta. Do dziś się winię, że nie byłem wystarczająco szybki i nie zarejestrowałem zdarzenia aparatem fotograficznym. Jak oni schodzą po zboczu w bok, to mnie otworzyła się wolna droga za ich plecami w dół do samochodu. Kolega przyśpieszył i wydostał się z zasięgu „rażenia” indianki, która się zatrzymała. Ja w tym czasie za ich plecami schodzę skręcając w bok w dół do auta.

W tym momencie ujrzała mnie indianka, z kamieniami i krzykiem rzuciła się na mnie. Aby dostać się do samochodu, musiałem przejść obok niej. Mówię do siebie „przed taką kobiecinką przecież nie będę uciekał”. Schyliłem się, podniosłem dość duży kamień i zacząłem w naszej gwarze śląskiej głośno przeklinać i robić miny, jak mówią nasi słowaccy przyjaciele że jestem „bohovsky nasraty ( niesamowicie wściekły)”. Kamieniem wyraźnie groziłem a przekleństwa typu co myślisz wiedźmo, że ja nie potrafię rzucać kamieniami i tak dalej.... udało mi się rozgniewaną indiankę uspokoić. Ucichła, upuściła kamienie, tak tam stała i zdumiona na mie patrzyła.

Myślę sobie jest dobrze, bitwa wygrana, ale wojna jeszcze trwa. Muszę dalej groźnie pokrzykiwać, inaczej inicjatywę przejmnie ponownie Ona. Więc nadal silnie grożę kamieniem i przeklinam i przeklinam..... Dalej powoli schodzę w dół do samochodu. W między czasie chłopaki zeszli ze zbocza i od dołu drogą zbliżają się do samochodu. Wołam, zapalcie auto, wjedźcie na drogę i otwórzcie moje drzwi. Kiedy to zrobili w kilku skokach dobiegłem do auta, wskakuję do środka i jazda!Trochę się obawialiśmy, czy nie zacznie miotać kamieniami w samochód?

Gdy wrócaliśmy po kilku godzinach tą samą drogą z powrotem mieliśmy obawę, czy na niej nie będzie czekać na nas jakaś grupa indian, ale było spokojnie.

← Wróć do widoku Notatki z podróży